Dość cięzki początek roku mnie spotkał. Z pierwszego tygodnia pamiętam niewiele, bo tylko sobotę... Pomijając kupę matmy, było dużo różnego rodzaju podróży. Tych zapchanym maksymalnie autobusem, ale też tych samochodem. Na koniec dnia, po calutkich 11 godzinach zadanek z matematyki pojechałem do Warszawy, odebrać siostre z samolotu. Wróciła z Hiszpanii po trzech miesiącach. Matko! Ona się zmieniła! Kiedy?... Do Lublina wróciłem o 3 nad ranem. Spać poszedłem o 4. Od tamtej pory nie miałem okazji się wyspać. A jutro o 9:30 angielski... Ratunku!
A tak przy okazji.. Wszystkim, którzy uważają, że nasz kraj wcale nie jest taki zacofany, polecam nocną przejażdżkę polskimi dorgami. Smród powali Was na nogi swoją intensywnością i smrodem. Naprawdę.
13 01 2007, 11:01
po 11 godzinach matematyki byles w stanei cokolwiek zrobic??
"ludzię się zmieniaja"
13 01 2007, 11:38
Byłem, nie byłem... musiałem. Od 21, w trakcie jazdy do Wawy, czytałem jeszcze opowiadania Borowskiego.. na szczęście bateria w laptopie padła po godzinie i miałem "pretekst" do odpoczynku.
13 01 2007, 14:59
wow jestem po wrażeniem ja padłabym jak ta bateria:)