Obiecałem sobie, że nie będę więcej umieszczał tu notek z wyrzutami, jednak zaskutkowało to brakiem jakichkolwiek przez dłuższy czas. A ja znowu mam podły humor, znowu mam dość, znowu mnie wszystko denerwuje i znowu nie rozumiem świata i chodzących po nim ludzi. Po raz kolejny nie potrafię (i nie chcę) rozwiązywać nie swoich problemów, nie mam siły na słuchanie żali innych. Ja się nikomu raczej nie żalę (co chyba jest błędem), staram się być pogdny i cieszyć się tym, że żyję i jak żyję. Wszystko super, dopóki jestem poza domem, poza kontaktem z rodziną. Gdy tylko wrócę do domu i nie wsadzę łba przed monitor by stracić kontakt z rzeczywistością, wszystko wraca i wali seriami, jak z cekaemu. Auć.
Udało się osiągnąć kilka z wyznaczonych celów. Udało się przeprowadzić z sukcesem część z postawionych przed sobą zadań, ale te najwyżej na liście, z największym priorytetem, nadal czekają. I najgorsze jest wrażenie, że zmarnowałem czas właściwy na ich przeprowadzenie i osiągnięcie. Boli, gdy stają się coraz odleglejsze, a ich miejsce zajmują nudne, rutynowe i wymuszone działania, które trzeba.
Życie straciło smak. I co dalej?