Bernard Bondos

Narzędzie do upubliczniania myśli

Road to perception

21 04 2010, 22:43

Ostatnie zawirowania wulkaniczno-lotniczne zmieniły trochę mój plan podróży i zamiast ośmiogodzinnej łącznie trasy z Oslo do Lublina odbyłem autokarową przeprawę przez m.in. Goteborg, Ystad i Łódź. Miałem więc trochę wiecej okazji do przyjrzenia się krajobrazowi północy niż tylko wycieczki po Oslo i okolicach. A w towarzystwie trzeciego tomu Pana Lodowego Ogrodu było to całkiem interesujące przeżycie.

Zanim jednak przejdę do opisu, muszę pozbyć się resztek traumy społecznej, bez której chyba żadna podróż autokarowa się nie obędzie. Tym razem trafił się ciekawy osobnik płci skrycie dyskryminowanej, odurzony chyba emocjami towarzyszącymi "zjazdowi do Ojczyzny". Traumę zapoczątkowało jego niezbyt znośne zachowanie po spożyciu, napięcie rosło wraz z jego coraz głośniejszą i uporczywszą żądzą disco polo - bo przecież do kraju przyjechał to ma być swojsko, chciaż "tańczyć nie będzie" - apogeum zaś nastało w momencie wyczerpania się baterii mojego telefonu. Nie do końca przytomny po nocnych zakupach biletów, ekspresowej wyprowadzce z hotelu oraz pandemonium panującym w terminalu promowym podczas odprawy, zapomniałem go wyłączyć i drogocenna energia wyparowała w poszukiwaniu dostępnej sieci na pełnym morzu. Całe szczęście, że wycieczka została podzielona na dwa autokary, a rzeczony osobnik koniec końców w dalszą podróż udał się tym drugim.

Gdy wracam myślami do krajobrazu "niskiej" północy, pierwszym słowem wypełniającym moją głowę jest wieloznaczne "niesamowite". To jeden z tych momentów, w których zdaję sobie sprawę z ułomności wszystkich używanych przez ludzi języków. Rodzące się w mnie uczucia, gdy przyglądałęm się masywnym skałom polodowcowym, przez które wykuto korytarze dla dróg, niesamowitej roślinności: wysokim drzewom, wygiętym lekko od naporu wiatru, jednak skutecznie prącym w górę, zieleni trawy i kolorom skromnej, pozostałej roślinności, których nazw jeszcze długo nie będę mógł zapamiętać, są niczym burza. Dziwna, nienaturalna burza, której nie towarzyszy żaden dźwięk. Burza, w której ścierają się części mojego umysłu i duszy, tocząc między sobą zażartą walkę o pierwszeństwo i władzę. Niesamowite, nieokreślone jest to połączenie emanacji potęgi i dzikości natury z ludzką cywilizacją. Ta przekora i buta ludzi - bo co innego (no może poza oczywistą zaradnością) można pomyśleć widząć latarnie przykręcone do śrub wbitych w lite skały.

Spacerując po Oslo, obserwując port z jednej strony, a dziwne łańcuchy gór z drugiej doświadczałem wrażenia obcości, jakby ludzie zamieszkujące te regiony nie byli ich prawowitymi mieszkańcami, jakby wszystko to było pozostałościami innej cywilizacji. Rozrzucone miejscami wielkie głazy o nieregularnych kształtach i usypiska wyglądały jak rozrzucone zabawki, porzucone piaskownice czy place zabaw danych ludów w stukrotnym powiększeniu. Naprawdę, coś niesamowitego. I zdecydowanie wartego polecenia.