Słupek termometru opadł lekko poniżej zera, gdy wychodził na balkon. Na zewnątrz szalał silny wiatr, zapowiadana od kilku dni wichura i zimne powietrze. Nie przeszkadzało mu to. Wręcz przeciwnie, lubił taką pogodę, o ile nie musiał zbyt długo przebywać na dworze. Po horyzoncie w szybkim tempie przewijały się nieokreślone kształty tworzone przez chmury. Co jakiś czas można było dostrzec w nich coś znajomego, jednak kształty zmieniały się zbyt szybko, by uchwycić je na dłużej. Przez chwilę przyglądał się pełnemu księżycowi, wyłaniającemu się zza puszystych tworów i zaraz za nimi znikającemu. Zaczerpnął sporą ilość powietrza przez nos i delektował się jego zapachem, przymykając oczy, tak by księżyc i chmury zamieniły się w rozmytą całość. Sięgnął do kieszeni, wyjął paczkę Pall Malli i zapałki. Mimochodem pokręcił papierosem w ręku, lekko go przygniatając, jakby dla lepszego ubicia tytoniu, aż wreszcie zapalił. Oczy otworzył dopiero wydmuchując pomieszane z dymem powietrze. Rozejrzał się po widocznej z balkonu okolicy, śmiejąc się w duchu z rozmytych i jakby irracjonalnych kształtów budynków i samochodów, aż pierwsze nikotynowe zamroczenie ustąpiło, zamieniając się w subtelną rozkosz palenia papierosa. Zaciągnął się ponownie, skupiając się tylko na samym paleniu i smakował chwilę. Myśli i świadomość pobiegły w nieznanych kierunkach, a przed oczami zamiast osiedla po raz kolejny pojawiły się marzenia. Pełne estetyki i emanujące emocjami sytuacje i miejsca, wizja szczęśliwej przyszłości, odkrywania i smakowania świata i ludzi. Przez krótką, ulotną chwilę, czuł, że znajduje się właśnie tam. Ale jak zwykle, wszystko znikło w tym najpiękniejszym momencie, gdy już zaczynał wierzyć, że naprawdę tam jest. Zaciągnął się ostatni raz i wyrzucił niedopałek za balustradę. Rozejrzał się ponownie, odetchnął czystym powietrzem, po czym wszedł do mieszkania. Rytuał dobiegł końca, czas wracać do pracy.
Bernard Bondos
Narzędzie do upubliczniania myśli
Ceremony
Kategorie: literature | Dodaj komentarz
Soon...
Mam się ochotę tak upić, żeby czerwień policzków, twarzy i pochłanianego trunku zasłoniła teraźniejszą szarość, żeby stała się tłem. A potem tańczyć. A gdzie tam tańczyć - skakać, krzyczeć i biegać i szaleć i ze śmiechem, nie tylko na ustach, obejmować. Zadomowić się w rozkoszy, żyć...
Niebawem.
Kategorie: life highway,literature | 1 komentarz
Some new abstraction
Płomienie świec trwały bez ruchu rozlewając ciepły blask na jego twarz i przedmioty znajdujące się na stole. Światło mieniło się w krysztale małej miseczki zapełnionej truflami. Po obu stronach stołu, obok srebrnej zastawy, stały wysokie, również kryształowe kieliszki, skrywając w sobie wytrawne wino. Jego ciałem wstrząsnął dreszcz. Spojrzał na zegarek i westchnął, niszcząc tym harmonię płomieni. Włoskie kakao pozostało na jego wargach śladem po zjedzonej, jedynej ostatnimi czasy słodyczy. Powieki mocno zacisnęły się na jego oczach, ujawniając zmęcznie. Po chwili, jedynie falujące w kieliszku wino świadczyło o czyjejś obecności przy stole.
Kategorie: literature | 2 komentarze