Bernard Bondos

Narzędzie do upubliczniania myśli

Won't follow him

28 02 2010, 21:19

I've felt myself really ashamed
Since the time
I lost one of my best friends
and my mind

Jak napisał i zaśpiewał Manuel Munoz, wokalista The Dead Old Tree, po samobójczej śmierci perkusisty tegoż zespołu. Nie mam do czynienia z tak ostatecznymi wydarzeniami, jednak tekst Won't follow him oddaje sedno moich aktualnych przemyśleń w pewnej materii. Miałem tutaj także napisać, że po raz kolejny doszedłem do wniosku, iż niektóre sytuacje nie powinny mieć miejsca, at all. Problem w tym, że nie pamiętam, kiedy ostatni raz doszedłem do podobnego wniosku. Jestem przekonany, że takowe się pojawiały i to nie raz. Ale nie pamiętam.

Rozchodzi się o to, że chciałbym zadać pewne pytanie. Czyli prawidłowym byłoby założyć, że chciałbym także poznać odpowiedź. Prawdę mówiąc, nie. Przeraża mnie ona. Ale to przez moją dziwną wyobraźnię, prawdopodobnie. Pytanie w swej istocie bardzo zwięzłe - o co Ci tak naprawdę chodzi?

Wydawało mi się, że daję jasno do zrozumienia, że lubię, gdy nie owija się w bawełnę, ale chyba zmyliłem wszystkich moim zamiłowaniem do kombinowania w, nazwijmy to, procesie twórczym, w którym zazwyczaj od razu się gubię. Ale czy wy nie kochacie tego momentu, w którym znajduje się samego siebie?

Aby jednak wprowadzić jakąś zmianę, nawiążę do poprzedniej notki. Zresztą, jeszcze jednek akapit zakończony znakiem zapytania i cały tekst wyleciałby szybciej niż powstał. Tak więc: plugawstwo skostniało, węzły wytrzymały, zamki niekoniecznie. W każdym razie, nastąpił całkowity brak działań w poruszonej kwestii. Niestety. I wkurza to bardzo, zwłaszcza, że nie mam problemu z tego typu działaniami w kwestiach służbowych (i nawiasem mówiąc, się pewna osoba bardzo zdziwiła, hihi).

I obiecuję, że zmienię ten design, kiedyś.

The moon, the sun unite

13 01 2010, 18:58

Przemyślałem ostatnio te wydarzenia, które udało mi się zapamiętać z tego błyskawicznie minionego roku. Ale to chyba jeszcze za mało, by ruszyć dalej. Chociaż kiełkuje chęć realizacji pewnych marzeń. Chęć sprawdzenia się w pewnej wciąż fascynującej i niemiłosiernie pociągającej dyscyplinie, która jako jedna z niewielu, nadal wyzwala we mnie nieposkromioną energię. Zwłaszcza, że pojawiają się sygnały od innych, że powinienem, że podoba im się. Jednak pomiędzy starannie ułożonymi puzelkami coś się bezczelnie udomowiło i truło. Gdy zlękniony sprawdzałem co, wyskoczyło na mnie z wrzaskiem, ujawniając swą niepewną istotę - "KIEDY?!" - krzyczało i wrzeszczało, opluwając twarz jadem i przyklejając do niej resztki rozerwanych puzzli unoszących się w powietrzu. Ale tym razem nie usiłowałem miażdżyć gada obcasem. Zamiast tego, złapałem za obślizgły język i powiesiłem w pokoju zadumy, by szamocąc się bezsilnie (a węzły wiążę mocne, oj tak!) przypominało o sobie przy każdej wizycie. A gdy już zdechnie i skostnieje, przekuję je w monumentalną odpowiedź.

Let it end today

17 03 2009, 23:06

I znowu gdy zacznie dzwonic budzik, będę chciał rozpierdolić telefon, unicestwić autora dzwonka, zabić ludzi, którzy wymyślili poranne wstawanie do pracy, zapaść się w pościel i spać dalej, byle tylko, dla samego spania; móc tonąć w tym pięknym, jakże kuszącym niebycie niemal do zatracenia, czerpać z niego spokój i trwać w nim do końca świata. Albo przynajmniej tego tygodnia.

Delirium

13 02 2009, 22:50

Punkt odniesienia stał się chyba punktem zatopienia, rozmowy zaczęły coraz częściej wymykać się spod kontroli, niebezpiecznie, naprzemiennie przekraczając granicę miedzy przyjemnością a bólem. Nie wiem co się dzieje. Co chwile okazuje się, że coś nad czym, jak mi się wydawało, miałem kontrolę, zmierza w całkowicie odmiennym kierunku od pożądanego. Nie podoba mi się to cholernie. Po kilka razy dziennie mam wrażenie, że obudziłem się z ręką w nocniku. Zaczynam tracić kontakt z rzeczywistością, coś mi się o czymś wydaje, a tak naprawdę jest całkowicie inaczej. Braki snu poniekąd odrobione, ale z tymi aktualnymi myślami, boję się tego, co mi się może przyśnić.

WTF?

Spinning round and round

02 02 2009, 18:52

Choćby się wydawało, że jest inaczej, lepiej i normalniej, wszystko kręci się dokładnie tak samo jak dawniej. Siostra w pokoju, przy przywłaszczonym już całkiem komputerze, zawieszając chwilowo walkę o mojego (podkreślam, mojego!) laptopa, włącza rzewne amerykańskie piosenki z lat pięćdziesiątych przed naszą erą, mając w głębokim poważaniu to, że ustawiona głośność może komuś przeszkadzać. Kot standardowo dostaje pierdolca, chodząc, siadając i kładąc się na każdym przedmiocie planowanym do aktywnego użytku, gazecie, notatkach, pilocie od telewizora albo laptopowej myszce. Sąsiadka z góry równie standardowo, nadaje do kogoś przez telefon, dokładnie od godziny, dokładnie na pograniczu rozróżnialności słów od denerwującego szmeru. Oczywiście w jakiś magiczny sposób, znany chyba tylko architektowi tego cudu polskiej myśli budowlanej, nie da się tej kobiety jakkolwiek zagłuszyć, jej świdrujący głos przebija się nawet przez siostrzane piosenki. Na sam koniec zostaje matka wypowiadająca na głos wszystkie swoje myśli, a jako, że każde z nas nauczyło się już w pewnym stopniu ignorować jej wypowiedzi, lub skutecznie dawać jej do zrozumienia, że nam przeszkadza, ostatecznym powiernikiem zostaje na wpół śpiący kot, któremu po prostu nie chce się ruszać z zagrzanego już miejsca.

Punktem odniesienia, przypominającym o istnieniu rzeczywistości i pomagającym nie zgubić się w tym błędnym kole, stają się rozmowy z pewną osobą, zupełnie nie wiem z jakiego powodu głośno i często określaną mianem Rudej. No ale co ja poradzę, że o tym co się dzieje w pobliżu dowiaduję się zazwyczaj ostatni (zresztą sam sobie winien). A tutaj miało być bardzo rozbudowane zdanie, ale, że pozwolę sobie wyrazić się w pewien sposób, ugryzłem się język.

A tak poza tym, to trzeba tu zmienić layout. Z perspektywy wygląda to bardziej emowato, niż się wydawało.